1. Badasz możliwości malarstwa. Choć działasz w przestrzeni publicznej wybrałeś tradycyjny obraz jako najwłaściwsze medium. Pokazałeś, ze ma on nieograniczone możliwości kreacyjne. Jego warstwa wizualna można bez ograniczenia manipulować np. zmieniając ja w zależności od warunków pogodowych (Galeria Biała 2000 r.), malarskim substytutem można niepostrzeżenie zastąpić nawet przestrzeń (Foksal 2005 r.), wykreować przestrzeń niemożliwą (Teatr Rozmaitości 2005 r.), obrazem można nawet naprawić dziurę w chodniku (Galeria Entropia 2006 r.).
Kiedy na poważnie zacząłem myśleć o zajmowaniu się sztuką, wybrałem ASP w Poznaniu. Wśród moich kolegów z liceum plastycznego ta uczelnia miała opinie najbardziej liberalnej w Polsce. Zdałem na malarstwo i pierwsza rzeczą, jaką usłyszałem było to, że „malarstwo umarło”. Kiedy słyszałem, że „wszystko już było”, jeszcze trudniejszym wydawało mi się obronienie tego tradycyjnego medium. W Warszawie trafiłem do pracowni Leona Tarasewicza, która pokazała mi możliwości odkrywania nowych ścieżek w malarstwie przy zachowaniu tradycyjnego podejścia do samej jego technologii. Pobyt w tej pracowni otworzył mnie również na fotografię. Kolejnym krokiem po aparacie fotograficznym była kamera wideo, a właściwie krótkie filmiki nagrywane aparatem cyfrowym. Byłem już świadkiem „triumfu malarstwa”, a także ostatniego wzmożonego zainteresowania polską sztuką na świecie. Z żadnego z tych zjawisk tak na prawdę jako artysta nie skorzystałem. Dla mnie niewiele się jednak zmieniło i konsekwentnie kroczę swoją drogą.
W zeszłym roku w Nowym Jorku zacząłem nowy projekt. Będą to klasyczne obrazy olejne, po raz pierwszy od pięciu lat malowane na sztaludze w pracowni, a nie w przestrzeni miejskiej. Nie będzie fotografii ani wideo, ale mam nadzieję, że uda mi się wykreować podobną iluzję i również wywołać u widzów zdezorientowanie.
2. Takie pytanie, które mi się nasunęło we Wrocławiu dotyczy samych prac i wizji prezentacji w galerii. Po wręczeniu widzom mapy obrazy zaczęły znikać z miejsc, w których je umieściłeś. Do galerii trafi więc niewiele z tego co zaplanowałeś. Jaki masz stosunek do tak radykalnych ingerencji kolekcjonerów „Gilewicza”?
Jedyną rzeczą, jaką zaplanowałem, było namalowanie obrazów i „ukrycie” ich w tkance miejskiej na Rynku we Wrocławiu. Wszystko, co potem wydarzyło się z obrazami, i dzieje się z nimi do teraz, bo wystawa trwa do czerwca, było niewiadomą i ryzykiem, które podjąłem. Nie wiem, czy obrazy znikają za sprawą moich „kolekcjonerów”, wandali czy jakichś mniej lub bardziej przypadkowych okoliczności. Może jak pojadę w czerwcu do Entropii na zamkniecie tego projektu dowiem się czegoś więcej.
Ten projekt narodził się poniekąd z nadmiaru obrazów - tych w naszym otoczeniu wizualnym i tych fizycznie stojących u mnie w pracowni - oraz z chęci rozwiązania jakoś tego problemu. Jeśli już produkować kolejne obrazy to tak, aby były niewidzialne w otoczeniu i jeśli znów po wystawie do mojej pracowni ma trafić kolejnych dwadzieścia płócien, to dlaczego nie wystawić ich na ryzyko „pogubienia” się i czas ekspozycji z paru tygodni przedłużyć do pół roku. Tak mniej więcej wyglądały początkowe założenia tej wystawy.
Nie mogłem jednak niczego przewidzieć np. tego, że mój malarski żart „w hołdzie dla Richtera” pokryje się grubą warstwą błota i zupełnie wtopi się w miejsce, w którym stoi.
3. Jaką wartość mają dla ciebie same obrazy pozbawione kontekstu miejsca, w którym powstały?
Taką samą, jak większość obrazów abstrakcyjnych pozbawionych swojego kontekstu. Czy tak samo patrzylibyśmy na „Biały kwadrat na czarnym tle”, nie wiedząc nic o Malewiczu, konstruktywizmie i rewolucji początku XX wieku, jak patrzymy na niego teraz, mając tego wszystkiego świadomość? Chyba trudno mówić o jakiejkolwiek sztuce bez jej kontekstu.
Moje prace, które w przestrzeni miasta udają płyty chodnikowe, parapety, skrzynki elektryczne itp., na białej ścianie w galerii są abstrakcyjnie rozwiązanymi obrazami. Można je wiec odbierać na dwóch skrajnych płaszczyznach – figuracji, a raczej hiperrealistycznego naśladowania fragmentów rzeczywistości oraz abstrakcji.
4. Co się stanie z warstwami, które narosły na obrazach przez ten rok? Czy ograniczysz tę naturalną miejską ingerencję przed powieszeniem prac w galerii?
To, co nowego pojawiło się w tym czasie na obrazach, jest tak samo ich częścią, jak to, co
zostało wcześniej przeze mnie na nich namalowane. Jestem ciekawy tych zmian i nie
oddzielam ich od swojej pracy. Na zamontowane prace ma wpływ działanie innych ludzi, warunki atmosferyczne i inne czynniki, a to, co się z nimi dzieje, powoduje, że jeszcze lepiej wtapiają się one w rzeczywistość. Pokrywają się kurzem i błotem, odchodami ptaków, naklejane są na nie plakaty lub w takich czy innych okolicznościach po prostu znikają.
Malarstwo wnika w rzeczywistość, podszywa się pod nią. Ale często też otoczenie zmienia
obrazy do tego stopnia, że obnaża i demaskuje malarstwo, bo przecież, jeśli obraz udawał
płytę chodnikową, a przejechał po nim samochód, to obraz ten już dłużej niczego nie udaje, a jest jedynie połamaną deską z naciągniętym na nią zagruntowanym płótnem pomalowanym olejnymi farbami.
Moja wystawa we Wrocławiu składała się z filmu wideo prezentowanego w galerii oraz obrazów umieszczonych w tkance miejskiej. W czerwcu obrazy, które pozostały, trafią na kilka dni do galerii i sam jestem ciekaw, jak będzie to wyglądało. Powieszenie obrazów w Galerii Entropia nie jest jednak punktem docelowym mojego projektu. Będzie to jedynie moment podsumowania tego, co przez ten czas stało się z tymi pracami.
5. Zastanawiałam się nad projektami z Nowego Jorku z 2004 r. Na dzikim wysypisku śmieci na Brooklynie umieściłeś płótna, ktoś posprzątał, ale obrazów nie ruszył. Albo gdy w Soho remont wyprzedził twoje działania i zanim ukończyłeś obrazy budynek odnowiono, a płótna przywróciły stan miniony. Te realizacje musiały być wielką zagadką dla uważnych widzów, którzy jeśli zauważyli ingerencje mogli się jedynie domyślać ich przyczyn. Gdy zestawiam te projekty z akcją we Wrocławiu zastanawiam się czy należy widzom tak ułatwiać sytuację i tworzyć mapę. Umieszczając obrazy na ulicy Kuźniczej stworzyłeś rodzaj alternatywnej rzeczywistości, ulica stała się przestrzenią ekspozycyjną. Dla mnie osobiście ciekawym doświadczeniem była świadomość, że to nie jest ta sama ulica, że coś tu jest i muszę do tego dotrzeć. Postanowiłam zrobić to najpierw bez mapy. Czułam, że chodzenie przy murach, opukiwanie ścian, szukanie śladów ingerencji jest o wiele bardziej inspirujące niż momenty, gdy z mapą od razu trafiałam na płótno.
Na pewno zrobię kiedyś taki projekt, w którym namalowane obrazy staną się niewidoczne, a
widzom nie dam żadnych wskazówek, gdzie się one znajdują. Ale dla mnie będzie to już
moment graniczny tego malarstwa. A może takie były właśnie prace w Nowym Jorku? Nie
przygotowałem tam żadnej mapki, bo nie było dla kogo jej robić, gdyż oprócz mnie o
zainstalowaniu obrazów wiedziały jeszcze tylko trzy osoby. To były realizacje bez galerii,
zaproszeń, wernisaży i bez widzów. Powiedziałbym, że to takie czyste malarstwo, niekomercyjne i radykalne, wręcz partyzanckie (te prace montowane były nocami bez żadnych pozwoleń).
We Wrocławiu dostałaś wprawdzie mapkę, ale miałaś przecież wybór i nie musiałaś z niej
korzystać. A z nią czy bez niej i tak nie znalazłaś największego obrazu, który umieszczony
był pod oknem British Council i z tego, co wiem, w dalszym ciągu się tam znajduje.
Jesteś idealnym, wyedukowanym odbiorcą, ale ja staram się też myśleć, o tych, którzy nie
kończyli historii sztuki i tych którzy na wystawę przychodzą przypadkowo, bez żadnej
wiedzy o tym, czego mogą się spodziewać i czego szukać na mojej wystawie.
W tym, co robię, bardzo pociąga mnie poruszanie się na dwóch skrajnych płaszczyznach
abstrakcji i figuracji, tego co konkretne, namacalne i co niewidzialne, niezauważalne. Wydaje
mi się, że moje projekty są konceptualne i hermetyczne, a z drugiej strony mogą być atrakcyjne wizualnie i interesujące dla zwykłego odbiorcy.
6. Śledząc twoje projekty wydaje mi się, że na początku malarstwo i fotografia wspomagały się wzajemnie w oddawaniu, czegoś w rodzaju tożsamości miejsca. W “Mieście – osiedlu – pracowni - mieszkaniu” dwugłos fotografii i obrazu rozszerzał nasze poznanie fragmentu rzeczywistości. W działaniach dla Galerii Białej w 2000 r., czy dla Galerii Foksal w 2005 r. fotografia konstytuowała ułudę obrazu. Obecnie drogi malarstwa i fotografii w twojej twórczości coraz bardziej się oddalają. Ujęłabym to w ten sposób, że za pomocą obrazów mówisz o miejscach, o ich przemianach w czasie, naturalnej korozji, historii najrozmaitszych ingerencji. Zawężasz perspektywę do coraz mniejszych fragmentów. Zapis wideo, którym się posługujesz podczas akcji dokumentuje tworzenie iluzji, ale jej nie potęguje.
Masz rację, w kilku pracach, o których wspomniałaś, to właśnie fotografia tworzy iluzję a jednocześnie ją dokumentuje. Bez nieruchomo ustawionego aparatu i jednego określonego punktu obserwacji iluzja ani w Białej ani na Foksal nie istniałaby. W pewnym momencie jednak zaczęło mi to przeszkadzać, ze podpieram się fotografią, aby lepiej pokazać iluzję w malarstwie. Dlatego zacząłem posługiwać się wideo, które naprowadza cię na obraz, wskazuje na niego, a jednocześnie może funkcjonować samoistnie, jak np. w Paryżu w Fondation Deutsch de la Meurthe. Czy wreszcie jest jedynym artefektem, jak w Macedonii, bo mimo, ze film ten jest o obrazach i przewrotnych możliwościach „zastosowania” malarstwa w otoczeniu, to samych obrazów nie pokazuję, gdyż one już nawet nie istnieją.
Ale czy takie dywagacje nie męczą? To tak, jakby zadać mi pytanie, czy czuję się malarzem. Tak, czuje się malarzem, który poprzez malarstwo stara się temu malarstwu zaprzeczyć. Takie połączenie triumfu i upadku.
Kiedy idę na wystawę i oglądam czyjeś prace, zawsze największe zainteresowanie wzbudzają we mnie te, których nie mogę rozebrać na czynniki pierwsze, zrozumieć dlaczego tak, a nie inaczej działają. Chciałbym, aby moje projekty były skonstruowane i odbierane podobnie.
7. W fotografii skupiłeś się na cyklu „Oni”, który nieustannie się rozwija i jest rodzajem autoanalizy, poszukiwaniem własnej tożsamości. Na ostatnich zdjęciach mocniej niż wcześniej różnicujesz swoje wizerunki. Zestawiasz „siebie” z okresów rozciągniętych w czasie, przez co łatwo można ulec złudzeniu, że to dwie różne osoby. A może tak jest, że poprzez mijający czas tożsamość bohaterów zmienia się i rzeczywiście to nie są dwie te same osoby.
Miedzy zrobieniem jednej części zdjęcia a drugiej mija co najwyżej godzina, ale masz rację, że robię zabiegi, aby wyglądać jak dwie różne osoby. Nie mam rozdwojenia jaźni, ale tryb życia, jaki prowadzę od kilku lat trochę mnie rozbija na dwie osoby. W Warszawie moje życie jest uporządkowane i jakoś przewidywalne. Jestem artystą, mam duże ambicje, robię wystawy w miejscach o ciekawym programie. Nie mam jednak z tego większych pieniędzy. W Nowym Jorku natomiast żyję z tygodnia na tydzień, często się przeprowadzam z dwoma pudłami swoich rzeczy, pracuję często jako kelner, a mój grafik w pracy nigdy nie jest stały. Nie reprezentuje mnie tam jeszcze żadna galeria. Takich płaszczyzn rozdwojenia jest bardzo wiele. Od ponad roku uprawiam jogę, a to przecież nic innego, jak poszukiwanie jedności ducha i ciała, które są rozdzielone. Joga ma tez dla mnie niesłychanie sensualny, wręcz erotyczny wymiar.
Parę lat temu poczułem, że potrzebuję powiedzieć coś bardziej osobistego, że konceptualna droga w malarstwie nie do końca mi wystarcza. Lubię cykl „Oni”, bo to jest taka autobiografia, w której nawet zwykłe rzeczy mogą funkcjonować jako uniwersalne znaki i symbole.
Ten cykl to również zagłębienie się w samo medium fotografii i tutaj chyba można znaleźć najwięcej punktów zbieżnych z moimi wcześniejszymi malarsko-fotograficznymi projektami. Zdjęcia te konsekwentnie robię bez użycia komputera, nie jest to tez kolaż, bo naświetlona jest równomiernie jedna klatka negatywu. Zatem co jest prawdą a co fałszem? Którą z tych postaci jestem tak naprawdę ja?
8. Niedawno pokazałeś cykl „Oni” w Nowym Jorku...
Kuratorka wystawy natrafiła przypadkowo na moje zdjęcia w internecie i tak zaproszony zostałem do udziału w wystawie „Imago: The Drama of Self-Portraiture in Recent Photography”. Jadąc na wystawę, zupełnie nie wiedziałem, czego się spodziewać, ale galeria przygotowała wszystko bardzo profesjonalnie, włącznie z katalogiem wydanym na dzień otwarcia. Oprócz mnie w wystawie brali jeszcze udział m.in. Orlan (postać, którą bardzo interesowałem się w liceum) i Lyle Ashton Harris, który w tym samym czasie pokazywał prace w Whitney Muzeum.
W czasach, kiedy artyści musza dbać i zabiegać o kontakty, pokazywać się na wernisażach w celu autopromocji i zjednywać sobie jak największe rzesze kuratorów, takie przypadki mile zaskakują. To było dobre doświadczenie, które jeszcze bardziej utwierdziło mnie w przekonaniu, ze trzeba robić swoje i nie czekać na 15 minut sławy, bo nigdy tego momentu nie przewidzisz. Jeśli on w ogóle jest to na pewno mam go jeszcze przed sobą.
9. Mówisz o wewnętrznym dialogu, poszukiwaniu w sobie przyjaciela, właściwie gdy śledziłam rozwijający się dyskurs o tych pracach nieustannie natrafiałam na analizy samotności, ale wydaje mi się, że z samych fotografii można wyczytać coś jeszcze. Pierwsze wrażenie jest takie, że to związek dwóch mężczyzn. Pozujesz do fotografii w wielu intymnych sytuacjach, na jednej z nich ćwiczysz w kobiecych szpilkach, zresztą prezentacja na wystawie „Miłość i demokracja” to też krok w kierunku rozszerzenia interpretacji.
Szpilki to zabawa konwencją. Brakowało tylko szminki... Miałem wtedy bardzo długie włosy, schudłem, mieszkałem u dziewczyny, która jest lesbijka, ale w tamtym czasie miała chłopaka. W jej domu było sporo książek i czytałem „Idiotę”.
Oczywiście tożsamość seksualna bohaterów na moich fotografiach jest ambiwalentna. Dlaczego jeden mężczyzna siedzi na wannie, kiedy drugi się kąpie? Na pierwszych zdjęciach ta głębsza relacja była jedynie zasugerowana, aby widz podświadomie wyczuwał to, czego nie chciałem powiedzieć wprost. Bardziej jednoznaczne są już moje ostatnie zdjęcia, których jeszcze nigdzie nie pokazywałem. Jednak technika filta połówkowego, którym się posługuję, nie pozwala na zbliżenie się postaci. Oni będąc blisko nigdy się nie dotkną.
10. Niedługo wracasz do Polski jakie są twoje plany?
W tym roku dostałem stypendium Młoda Polska na rozwijanie cyklu „Oni”. Pracuję nad nowymi zdjęciami, a w przygotowaniu jest wydawnictwo, które mam nadzieję ukaże się pod koniec roku przy okazji wystawy w Galerii Białej. Teraz prace z cyklu pokazywane są w Galerii Ego w Poznaniu w ramach Biennale Fotografii. W maju zaczynam przygotowania do wystawy w Sanoku, która zostanie otwarta w październiku. Będzie to „naprawiane” malarstwem fragmentów rzeczywistości. Zaproszony zostałem tez do udzilału w wystawie „Ulica wielokierunkowa” aneks do „Beautiful Losers: Contemporary Art and Street Culture (Piękni straceńcy: współczesna sztuka i kultura ulicy)”, która będzie prezentowana w Muzeum Sztuki w Łodzi. W październiku jadę do Muzeum Sztuki w Iwano-Frankiwsku na Ukrainie, aby zrealizować wideo, pokazujące, jak obrazy odrywają się od rzeczywistości i dosłownie „roztrzaskują się” o chodnik. Gdzieś w międzyczasie pojadę do Orońska, aby przygotować pracę na przyszłoroczne Biennale Młodych. Myślę, że w grudniu wrócę do Nowego Jorku.
z Wojciechem Gilewiczem rozmawia Agata Sulikowska-Dejena