Pomiędzy

 

     Początkowo odnalezienie klucza do twórczości Wojtka Gilewicza nie wydawało się trudne. Jednak młody artysta pokazując wystawę swoich fotografii, wsadził kij w mrowisko łatwych interpretacji.

    Punktem wyjścia dla twórczości Gilewicza był zawsze problem tożsamości obrazu. Praca dyplomowa Wojtka stanowiła podsumowanie wcześniejszych poszukiwań punktów stycznych malarstwa i fotografii. Styczność stawała się dosłowna kiedy fragment trawnika został sfotografowany, a jego dalszy ciąg namalowany. U Gilewicza żadna z tych technik nie jest służebna wobec drugiej. Uzupełniają się wzajemnie, bo jak mówi autor: - Interesuje mnie to wszystko, co dotyczy procesu powstawania obrazu - kroki i ruchy przy pracy, paleta, farba rozchlapana poza płótno. Najlepszym świadkiem tego procesu okazała się być klisza fotograficzna. Artysta podjął grę z rzeczywistością, w którą wpisuje swoje prace. Nawiązując do impresjonistów, Gilewicz zajął się naturą. Poszedł jednak tam gdzie Monet nie mógł zajść. Do zwykłego pejzażu dodał szczyptę postkonceptualnej ironii. W sposób malarski uzupełniał obraz natury. Na zielonej łące lub w miejskim parku stawiał białe płótno. Robił zdjęcie - widok z białą dziurą. Następnie malował zasłonięty fragment krajobrazu. W międzyczasie zmieniała się pogoda oraz oświetlenie. Nie było łatwo, ale udało się. Znowu zdjęcie. Dziura uzupełniona. Rzeczywistość poskładana.

    Kontynuacją tej zabawy z otoczeniem była praca „Miasto-osiedle-pracownia-mieszkanie” – dwie malarsko-fotograficzne panoramy warszawskiego blokowiska. Punktem obserwacyjnym stało się mieszkanie artysty. Powstała malarska perspektywa uzupełniona aż 500 zdjęciami. Ta praca była próbą ułożenia puzzli z różnych momentów, z wielu spojrzeń i nastrojów, stanowiła jednocześ nie rodzaj antraktu przed cyklem tworzonych w USA obrazów całkowicie wtapiających się w tzw. tkankę miejską. Gilewicz okazał się być niezwykle sprawnym iluzjonistą. Kontynuując zmagania z rzeczywistością zaczął malować obdrapane drzwi, pomazane sprayem ściany, dawno nie otwierane bramy – miejskich odrzutków, zapomnianych świadków codzienności. Świadkowie ci zostali wyróżnieni, ale i tak nikt tego nie zauważył – i oto chodziło. Swoje prace Gilewicz montował w miejscu ich pierwowzorów. Malarskie podróbki miejskiej mizerii wtapiały się w nią idealnie. Gilewicz za pośrednictwem obrazów, tak jak Althamer poprzez akcje, pragnie współtworzyć rzeczywistość.

    Jednak linia interpretacji twórczości „artysty-malarza” załamała się – Wojtek wystawił swoje fotografie. Podwójne portrety wykonane przy pomocy filtra połówkowego autor tworzył od 2002 roku. Powstało ich 50. Stanowią spójną całość – przedstawiają autora j jego „brata bliźniaka”, postać wypełniającą pustkę, drugie ja i wiecznego świadka. Gilewicz realizuje marzenie o obserwacji samego siebie. Tak jak narcyz zapatrzony w swe źródlane odbicie, artysta tęskni za tym, którego odbicie widzi jakby w tafli wody. I podobnie jak Narcyz nigdy nie zbliży się do obiektu swego pragnienia – napisała w katalogu wystawy „Oni” jej kuratorka, Ewa Witkowska.

    Zdjęcia Gilewicza są z pozoru banalne. Opisują codzienność, w którą wkradł się jednak element nierzeczywisty, dzięki sprawności artysty, pozbawiony surrealistycznego posmaku. Możliwe, że niewtajemniczony widz uznałby nawet prace Wojtka za fotograficzny dziennik braci bliźniaków. Panuje tu wręcz atmosfera codziennej monotonii, co w pewien sposób wpływa na odbiór. Być może jedna lub dwie fotografie powiększone do bardzo dużego formatu, w zestawieniu z mniejszymi, nawet niedbale przyczepionymi „pocztówkami” mogłyby wprowadzić w pokaz Gilewicza więcej dramaturgii. Możliwe, że ten zabieg wydobyłby mocniej dwojaki charakter tych prac.

    Sam autor mówi: Za pomocą bardzo prostych środków kreuję sytuację niemożliwą a jednak prawdziwą. Nawiązuje przy tym również do swoich prac z ostatnich dwóch lat, m.in. do cyklu stworzonego na wystawę odbywającą terenie Fondation Deutsch de la Meurthe w Paryżu, gdzie jego obiekty malarskie miały pełnić funkcję fragmentów architektury nie będąc nimi. Teraz Gilewicz znów tworzy iluzję, gra z rzeczywistością, pragnąc osiągnąć ten cel w odmienny sposób. Jak zwykle wpisuje się w przestrzeń „pomiędzy” – nierealną i konkretną zarazem.

Agnieszka Rayzacher

 

powrót na górę strony