Czas stworzony. Fotografie Wojciecha Gilewicza

 

   Roland Barthes w „Świetle obrazu” pisał, że fotografia – mówiąc „to było”, sama z siebie jest „poświadczeniem autentyczności”. Tymczasem zdjęcia Wojtka Gilewicza zdają się ukazywać zdarzenia, które nigdy nie mogły mieć miejsca. Przedstawiają bowiem tę samą osobę w jednym momencie podwojoną lub potrojoną (gdy pojawia się lustrzane odbicie). Wygląd obu postaci różni się mniej lub bardziej. Aranżowane sytuacje wpisują się w kontekst miejsca. Są jego „przewidywalnym” uzupełnieniem, spełnieniem wymogów pewnych konwencji. Tu mamy chłopaków pod wieżą Eiffla – a więc pamiątkowa fotka z wakacji – „Tu byłem/-liśmy”. Tutaj jakieś zajęcie na działce – przypadkowe ujęcie. Mrok w pokoju i rozświetlony balkon. Portret z kwiatem i lustrem – Vanitas, czy Mallarmé i Redon? A samo zwierciadło? Szukanie prawdy, czy przechodzenie do świata iluzji?

    Balansujemy między pytaniem o prawdę, a znaczeniem przedstawień. To napięcie staje się jedną z zasad gry. Pytanie o „prawdę” autor stawiał już w obrazach, w których powtarzał wybrane z rzeczywistości fragmenty i namalowane iluzjonistycznie płótna wstawiał w ów wybrany przez siebie obszar – zakrywając pierwowzór. Było to również pytanie o znaczenie malarstwa i procesu stwarzania, o rolę twórcy i akt patrzenia. Fotografia jest – zdaniem Barthesa „dziwacznym medium” – „nową formą halucynacji: fałszywą na poziomie postrzegania, prawdziwą na poziomie czasu”. W cyklu „Oni” Gilewicz stworzył czas, którego nie było. Halucynacja jest podwójna.

    Możemy szukać niezamierzonego szczegółu – punctum Barthesa – w gestach, w przedmiotach. Kucyk kelnera, paczka herbaty (czy ziół), którą zaraz włoży do walizki odjeżdżający, wypukłość ramienia tego, który nie odbija się w lustrze (wcale nie wielki różowy kwiat – tylko właśnie to miejsce – szczyt mocno wspierającej się ręki), kula lampy za ścianką prysznicowej kabiny… To one zostają, znacząc wszystko. Chwilę, która jednak musiała się zdarzyć, skoro ją pamiętamy. Dzieje się w tych, którzy patrzą. Lektura punctum jest krótka i aktywna – podobna do haiku – „ani Haiku, ani Zdjęcie nie pozwalają ‘marzyć’”. Są przebłyskiem. Tylko. Nie każą o nic więcej pytać. Jeżeli bierzemy pod uwagę, że to jedna i ta sama osoba, czy raczej, że to ten sam człowiek podwojony, możemy zapytać: Który z nich był pierwszy lub – który z nich jest prawdziwy?

    Cykl „Oni” wkracza w obszar relacji intymnych: „Jestem sam, ale marząc o kimś bliskim, wymyśliłem siebie. Kto może cię poznać lepiej niż ty sam?” – słowa Gilewicza przytacza w tekście katalogu kuratorka wystawy Ewa Witkowska. Idąc długim korytarzem czeka na mężczyznę, który o tym wie, czy nie wie? Oczekujący wytrwa, czy zniknie w ostatniej chwili? W restauracji kelner i zamawiający stwarzają pozór, czy też grają (a więc kreują) role innych postaci? Wchodzą w kontakt ze sobą – nie jest to jednak nigdy kontakt wzajemny. Myślą o sobie? Niewątpliwie. Ich wzrok się nie spotyka. Chętnie patrzą na nas – nieznanych im przechodniów – podglądaczy ukrytych w obiektywie. Pokoje przez nich zamieszkiwane są ciche, są skupieniem codziennych celebracji. Cisza panuje nawet wówczas, gdy jeden zaskakuje drugiego w toalecie i śmieje się ze swojego dziecięcego kawału. Wszystkie gesty zastygłe w napięciu pomiędzy dwojgiem. Dwojgiem? Autor mówi przecież, że wymyślił samego siebie. A więc patrzymy na relację pomiędzy jednym i tym samym człowiekiem. Poznaje on samego siebie.Czy jestem dla siebie najbliższą osobą? Jak pogodzić się z własną osobnością, z całym ciężarem własnych myśli, które dzielę sam ze sobą?

    Idzie do siebie korytarzem, stoi ze sobą pod Wieżą Eiffla, pakuje walizkę przed wyjazdem i patrzy na siebie pakującego walizkę przed wyjazdem, patrzy na siebie naciągającego płótno na blejtram i naciąga blejtram. Obie te czynności zawsze rozgrywają się jednocześnie. Idzie, żeby siebie nigdy nie spotkać… Zastosowany tu filtr połówkowy nie pozwala na zetknięcie się obu postaci. Zawsze będą one obok siebie. Dystans może ułatwić poznanie… Ale jeśli pozwoli na syntezę, to tylko w umyśle, w świadomości. Nigdy nie nastąpi fizyczne scalenie. A Spełnienie? Rozpaczliwa niemożność? Bezpieczna odległość? Możliwość odejścia w każdej chwili (to i groźba, i poczucie wolności – uczucia rozdzielone pomiędzy dwoje związanych ze sobą ludzi). Czy można odejść od samego siebie? Czy stwierdzenie: „Kocham samego siebie”, jest aktem odwagi, szczerości czy pychy? A słowa: „Nienawidzę samego siebie”, czy są wyrazem rozdarcia, rozpaczy, kokieterii? Rozszczepienie, rozdwojenie, podwojenie – jakkolwiek byśmy nazwali dokonany przez autora proces, jednym z efektów będzie nieprzekraczalność granicy, której również nie da się ostatecznie określić. Twarz – naga i bezbronna pojawia się w filozofii Emmanuela Levinasa i Józefa Tischnera. I choć w chwili spotkania dokonuje się epifania twarzy, obnażenie „wewnętrzności” człowieka, inność nigdy nie zostanie jednak przełamana. Nawet poprzez miłość.

    „W gruncie rzeczy Fotografia jest czynnikiem wywrotowym, ale nie wtedy, gdy przeraża, porusza czy nawet piętnuje, ale gdy daje zbyt dużo do myślenia” – pisze Barthes. Fotografie Wojtka Gilewicza to zdarzenia rozpięte między dwoma światami. Na tyle dotykalne, by je poczuć i na tyle złudne, by to poczucie utracić. I by zostawić ślad w pamięci. Punctum.

Aleksandra Grudzińska

 

powrót na górę strony