Przez szybę, w towarzystwie luster

 

    Powstałe na przestrzeni ostatnich sześciu lat zdjęcia Wojciecha Gilewicza układają się w cykl, który – niezależnie od znaczeń i intencji przypisanych im przez autora – wpisuje się w prowadzone przez teoretyków spekulacje nad sensem, ideą i możliwością jakiegokolwiek obrazowania. Problem halucynogenności fotografii, opisany niegdyś wnikliwie przez Barthesa, dzisiaj staje się także pytaniem o granice i tożsamość ikony. Dlatego też nie sposób zagadnienie to pominąć milczeniem przy analizach jakichkolwiek współczesnych praktyk artystycznych. Jednak przypadek Wojciecha Gilewicza jest o tyle bardziej interesujący, że meandryczność oraz labilność pojęć dystynktywnych dla ponowoczesnej estetyki i semiotyki obrazu ulega w pracach tego artysty podwojeniu także w wymiarze świata przedstawionego, a ściślej – dotyczy również reprezentowanych postaci. Można się domyślać, że w jakiejś mierze stanowią one próbę zreflektowania i wytyczenia linii demarkacyjnej pomiędzy tym, co realne i fikcyjne, publiczne i prywatne.

    Gilewicz, który zawsze portretuje samego siebie i zestawia swoje wizerunki wykonane w różnym czasie oraz kontekście, wciąga odbiorcę w grę lustrzanych odbić. Zaskakujące oraz znamienne jest tutaj to, że nie stosuje on manipulacji cyfrowej, ale posiłkuje się jak najbardziej tradycyjnym medium. Wszystko jest wykonywane na klasycznej kliszy przy pomocy tak zwanego filtra połówkowego. Mamy zatem tu sytuację, gdy nośnik nie zaburza przezroczystości, ale raczej powoduje specyficzną atomizację przedstawienia. Powstały obraz staje się krotnością wyborów i lustrzanych odbić.

    Przypomina się w tym miejscu słynny obraz Velazqueza Las Meninas, który stanowi dziś metaforę sztuki i idei przedstawienia, a jednocześnie pokazuje nam, że lustro potrafi w sobie wszystko pomieścić. Tę ideę później artykułowała fotografia, a casus portretu wielokrotnego Szpakowskiego, Witkiewcza czy Duchampa mówi sam za siebie. Gilewicz włącza w ten dyskurs własną cielesność, multiplikuje ją i zawiesza w strefie potencjalności i niezrealizowania. Obszar pomiędzy konstruuje istotę zdarzenia, jest on rodzajem cudzysłowu i jednocześnie pytania. Bo przecież – pamiętajmy – jest to rodzaj spotkania, które nigdy nie zostanie skonsumowane. Pisane jest mu egzaminowanie i samoocena. I w tym rozumieniu prace te są niesłychanie aktualne i ważne, gdyż wszyscy dzisiaj – chcąc nie chcąc – żyjemy we władzy spojrzenia. Nie tylko już mass-media, ale poniekąd my sami uzurpujemy sobie prawo do oceniania i represjonowania czyjejś cielesności oraz podmiotowości, które rzekomo powinny mieścić się w ikonicznych i – generalnie – kulturowych standardach. Gilewicz w swoich pracach ten dyskomfort jeszcze bardziej nasila. Ale – co istotne – zwraca go ku samemu sobie. Jego prywatna ekshibicja staje się dlań punktem wyjścia i (auto)erotyczną ofiarą, jaką składa przed sobą i przed odbiorcą. W tym wydaniu narcyzm ów nie staje się rozkoszą lektury, ale najwyraźniej sprawia, że samotność i zdystansowanie ulegają podwojeniu. Jest to więc rodzaj relacji wyczerpania, które budzi jednak chęć jego przezwyciężenia i przeinterpretowania. Stąd biorą się próby zmiany scenerii i nomadyczne tropy tej narracji. Spotkanie i – niechby nawet – połowiczność toczonego przez artystę dialogu nie są tylko zetknięciem się z „biedą” Innego, jak to formułowała francuska filozofia spotkania. Tutaj problem nie wyczerpuje się na aksjologii, jaką miała manifestować twarz.

    W pracach Wojciecha Gilewicza niezwykle istotny jest czasoprzestrzenny kontekst. Pomieszczenia i rekwizyty, jakkolwiek nie symbolizują w tym cyklu niczego, nie są też przypadkowe. Są to bowiem miejsca, w których autor dokonał jakichś prywatnych wyborów, w których przez krótszy lub dłuższy czas mieszkał bądź w ich obrębie się przemieszczał. Na fotografiach tych widać wyraźnie, że prywatność ingeruje lub wręcz zatacza coraz szersze kręgi i – jak cały cykl pokazuje – zawłaszcza przestrzeń publiczną. W tej homogenizacji realności następuje jednak pęknięcie i rozdzielenie person(y). Przedstawione bowiem postacie nigdy przecież się nie spotkają i ta właśnie niemożność definiuje ich prawdę. Jest to zarazem prawda nie uzurpująca sobie jakiegokolwiek prawa do jedynej słusznej prawdy, bo wszystkie przedstawione relacje nie są... z świata tego. Spotkanie jest tutaj – paradoksalnie – samotną polifonią podmiotu, który uczynił z siebie zarówno model jak i przedmiot. W nich mieści się i konstruuje tożsamość, cielesność, płeć. Stają się one rodzajami kulturowych matryc oraz masek, a – co najważniejsze – są tropami i motywami uniwersalnymi. Każdy flâneur czy voyeur może bez trudu je zobaczyć. Ale zawsze będzie to widok przez szybę, w towarzystwie luster...

Roman Lewandowski

 

powrót na górę strony