Przed nami statyczny teatr obrazów. Obraz abstrakcyjny czy realistyczny – te kategorie nie odgrywają tu już żadnej roli. Zdają się być względne i pozbawione znaczenia.

    „Jestem malarzem – mówi Wojciech Gilewicz – posługuję się tym klasycznym medium, ale wykorzystuję je w przewrotny sposób – moje obrazy są niewidoczne i zaprzeczają przez to całemu malarstwu. Z jednej strony zaprzeczają, a z drugiej pokazują triumf tego medium. Najbardziej interesuje mnie doprowadzenie do sytuacji, kiedy coś znajduje się na dwóch przeciwnych końcach skali wartości, np. obraz, który przedstawia bardzo konkretny fragment pewnej rzeczywistości, wyjęty z tej rzeczywistości staje się obrazem abstrakcyjnym“1.

    Artysta często prezentuje swoje prace poza galerią. Spokojnie czeka, aż miasto wchłonie jego obrazy, a następnie, niczym ocean, wyrzuci je na brzeg, tak jak szczątki rozbitego okrętu. Widzowie na wystawach Gilewicza zamieniają się w poszukiwaczy obrazów imitujących wkomponowane w przestrzeń miejską uliczne reklamy czy fragmenty architektury. Malarstwo Gilewicza stapia się z architekturą tak doskonale, że widzowie – oglądając wystawy artysty – musieli chodzić po Paryżu, Wrocławiu, Sanoku czy Nowym Jorku wyposażeni w mapy, które pozwalały zlokalizować obrazy. Pozostali niewtajemniczeni mijali je obojętnie. Iluzja była bowiem tak silna, że czyniła dzieło niewidzialnym.

    Artysta świadomie rezygnuje z obrazu-fetyszu; jakby zapomina o swoim dziele. „Żadnego podpisu czy marki firmowej (…) – pisał Ad Reinhardt. – „Nigdy nie powinno się dopuszczać złych duchów, by zdobyły kontrolę nad pędzlem“2.

    Wszystko jednak ma swoją cenę. Destrukcja obrazu jest u Gilewicza wpisana w percepcję dzieła. Obrazy wielokrotnie zaklejano, chodzono po nich czy nieumyślnie wyrzucano. Niektóre z nich zniszczono. Kilka skradziono. Ulegały też uszkodzeniom pod wpływem wiatru czy deszczu. Gilewicz „naprawiał“ swoim malarstwem kwietniki miejskie czy framugi okien, prezentował serię abstrakcyjnych obrazów na śmietniku na Brooklynie, podczas gdy marszandzi handlowali tego typu „odpadami“ w najbardziej prestiżowych galeriach po drugiej stronie rzeki na Manhattanie. Zmiana kontekstu dzieła zmienia nasz sposób patrzenia, w świecie sztuki wiele rzeczy bywa względnych – i na to chce nas uwrażliwić artysta.

    Sztuka to „spotęgowane złudzenie“ – zaś my – zagubieni w wirtualnej rzeczywistości, żyjemy wśród „hiperbolicznych zwierciadeł“. Stamtąd nie ma powrotu. To oglądanie świata przez tysiące ekranów.

    Na wystawie w Galerii Foksal artysta zmierza w kierunku abstrakcji. To ukłon w kierunku autonomicznego świata sztuki. W pamięci kwadraty Malewicza, wystawy konstruktywistów, czarne obrazy Ada Reinhardta, zwęglone „obrazy“ Anselma Kiefera – z pozoru pozbawione odniesień do rzeczywistości…

    Nie mamy jednak pewności, czy autonomiczny świat sztuki w ogóle jeszcze istnieje. Nie mamy pewności, czy istniał kiedykolwiek. Obraz abstrakcyjny z zaskakującą łatwością może stać się obrazem hiperrealistycznym jednocześnie i subwersywnie podszywać się pod rzeczywistość. Gilewicz proponuje nam taką właśnie sytuację – wcześniej niewidoczne, zagubione w industrialnym krajobrazie obrazy stają się zauważalne dopiero na wystawie w galerii. Iluzjonistyczne trompe l’oeil zamienia się w nieprzedstawiające malarstwo.

Perfekcyjny warsztat malarski umożliwia takie iluzjonistyczne sztuczki. Artysta na chwile bierze świat w swoje posiadanie. On i dzieło staje się niewidzialne. Zaskakuje widza, prowadząc nieustannie grę z jego percepcją.

    Tutaj, na Foksal, łączy zupełnie nowe obrazy (m.in. obraz z niepokazywanego jeszcze nigdzie nowojorskiego projektu) z prezentowanymi wcześniej, które stanowiły część różnych realizacji, funkcjonowały w pozamalarskich kontekstach. Obok siebie znalazły się m.in. obrazy z projektu zrealizowanego przez artystę w przestrzeni miejskiej Warszawy i Łodzi (Miasto Binarne, 2006), Sanoka (Rewitalizacje, 2007) elementy dekoracji malarskiej wykonane dla Muzeum Sztuk Pięknych w Iwano-Frankiwsku na Ukrainie (2007), obrazy powstałe dla Fundacji Deutsch de la Meurthe w Paryżu (2004) i obrazy powstałe w ramach projektu KMS Zachęta (2007).

    Jakby skarby z zatopionego okrętu. Poza czasem, pozbawione dotychczasowego kontekstu nabierają innych znaczeń. Niektóre ekspresyjne, inne utrzymane w duchu zimnej abstrakcji geometrycznej. Jest też czarny monochrom o dziwnej malarskiej materii w duchu informel, jakby zastygły fragment wulkanicznej magmy ograniczony nieruchomością malarskiego kadru.
Twórczość dla Gilewicza to nieustanne przekraczanie zastanego porządku. To dekonstrukcja ram, w których przywykliśmy widzieć sztukę, w szczególności malarstwo. Malarstwo jest przecież spektaklem, który wymaga widowni: „(…) Nasz podziw dla malarstwa jest wynikiem długiego procesu adaptacji, trwającego przez wieki… Malarstwo stworzyło sobie odbiorcę. Jest to [ze swej istoty] stosunek umowny“3.

    Gilewicz wykracza poza ustalony rytuał. Nie uwodzi nas świetlistymi kolorami, nie mami „wyrafinowaną malarską tkaniną“. Wprawdzie nie wystawia w galerii gotowego ready-made – suszarki do butelek wzorem Duchampa – w namalowane obrazy-przedmioty, które wcześniej odegrały rolę framugi okiennej czy betonowej płyty chodnikowej włożył zapewne dużo pracy. Podrabiając nieudolne formalnie bazgroły ulicznego warszawskiego grafficiarza, umiejętnie balansuje na granicy kiczu.
Wojciech Gilewicz obsesyjnie wpatruje się w mur. Materia pozostaje jednak nieprzenikniona, a mur nie do przebicia. Jakaż siła każe artyście chłonąć zmysłami rzeczywistość? Mowa jest bowiem o relacji obrazu ze światem.

    Brak charakterystycznej dla Gilewicza symulacji, kontekst galerii odbiera iluzji jej siłę, obrazy niczego już nie udają – po prostu są obrazami. Dominują obrazy monochromatyczne, o zgaszonej tonacji, przytłaczające swoją milczącą „obecnością“, pochłaniające światło.

    Abstrakcja stanowiła dekonstrukcję, unicestwienie iluzji w obrazie na rzecz autonomii dzieła. Obraz nie musiał już odtwarzać rzeczywistości – sam się nią stawał. „Abstrakcja naszego świata już dawno stała się faktem – pisał Baudrillard – a wszelkie formy sztuki w niezróżnicowanym i obojętnym na wszystko świecie noszą piętno tego samego niezróżnicowania i obojętności“4.

    „Abstrakcja bywa niezrozumiała, metafizyczna i hermetyczna – mówi artysta. – Chciałem pokazać, że abstrakcję można znaleźć wszędzie. I w tym sensie mogłoby to być cyniczne, że niezrozumiałe teorie można by sprowadzić do płyt chodnikowych, fragmentów ścian... Ale wtedy może okazać się, że to sama rzeczywistość jest bardzo metafizyczna“5.

    Bo sztuka to sublimacja otaczającej rzeczywistości, jej immanentna część. Obcując z twórczością Wojciecha Gilewicza, można odnieść wrażenie, że nigdy nie przestaje on odbierać świata jako malarskiego obiektu. W jego sztuce wyczuwalne jest napięcie, jest nieustanna, granicząca wręcz z obsesją uwaga, wyczulenie na każdy szczegół.

    Rzeczywistość jest dla Gilewicza w gruncie rzeczy wszechogarniającym obrazem. Jest obrazem, który nieustannie ulega przemianom i który nigdy się nie wyczerpie. Poprzez transpozycję obrazu w otaczającą rzeczywistość i poprzez kolejny powrót do czystego abstrakcyjnego malarstwa artysta kieruje naszą uwagę na nieustanne przenikanie się światów.

    Malując odcina się jednak od tych wszystkich teorii. Ważny jest obraz. I nic więcej.


Sabina Sokołowska

1 Wojciech Gilewicz w rozmowie ze Zbigniewem Liberą, [w:] Oni/Them, CSW Zamek Ujazdowski, Warszawa 2009, s.15.

2 Ad Reinhardt, Twelve Rules for a New Academy, „Art News” May 1957, cyt. za: Leszek Brogowski, Les Éditions Incertain Sens. Prezentacja książek artystów, CSW Zamek Ujazdowski, Warszawa 2007, str.4

3 Witold Gombrowicz, Jean Dubuffet, Korespondencja, przeł. Ireneusz Kania, Warszawa 2006, list Gombrowicza do Dubuffeta sygnowany: [Vence], 14 lipca 1968, s.30; cytat za: Jean Baudrillard, Spisek sztuki, przeł. Sławomir Królak, Warszawa 2006, Wydawnicwo Sic!, s.83.

4 Jean Baudrillard, op.cit., s.47

r5 agment korespondencji mailowej z artystą.

 

powrót na górę strony