Wojciech Gilewicz

Malarz, fotograf, autor instalacji i filmów wideo. Urodził się w 1974 roku w Biłgoraju.

W latach 1994-1996 studiował w Akademii Sztuk Pięknych w Poznaniu (Wydział Malarstwa, Grafiki i Rzeźby). Edukację kontynuował w Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, gdzie w 1999 roku uzyskał dyplom w Pracowni Malarstwa prof. Leona Tarasewicza. Mieszka i pracuje w Warszawie i w Nowym Jorku.

Zarówno twórczość malarska Wojciecha Gilewicza, jak i jego cykle fotograficzne opierają się na zasadzie iluzji, często ujawniając wpisane w sztukę wizualne sztuczki i zafałszowania obrazu rzeczywistości. Od początku oba media - malarstwo i fotografia - były niemal równie ważne. Już malarskiemu dyplomowi na Akademii Sztuk Pięknych towarzyszył aneks fotograficzny. Gilewicz pisał wówczas:
"Od lat próbuję łączyć malarstwo z fotografią robiąc obrazy, w których te techniki się uzupełniają. Ułamek sekundy fotografowanie fragmentu natury przeniesiony jest na tygodnie i miesiące powstawania obrazu. Skończony obraz opisany jest fotograficznymi odbitkami z momentów i fragmentów jego powstawania."

Wiosną 2001 roku na Saskiej Kępie w Warszawie Gilewicz zaprezentował instalację malarsko-fotograficzną "Miasto-osiedle-pracownia-mieszkanie". Tworzyły ją dwa obrazy olejne oraz mozaika złożona z około tysiąca zdjęć rejestrujących najbliższe otoczenia artysty. Wszystko razem składało się na panoramę widzianą z balkonu jego mieszkania na dziewiątym piętrze jednego z okolicznych bloków.

W przypadku malarstwa Gilewicz zazwyczaj stosuje strategię kamuflażu, którą łączy z hiperrealistyczną techniką. Nie są to już obrazy, które wiernie i iluzyjnie naśladują rzeczywistość, Gilewicz wpisuje bowiem swe płótna w otoczenie, w zastany kontekst, wtapia w rzeczywistość tak, że przestają być od niej odróżnialne. Jak na wystawie w białostockiej Galerii Arsenał, gdzie powiesił na ścianie obrazy-obiekty imitujące drzwi (2002).

Jednym z pierwszych projektów opartych na strategii kamuflażu i mimikry Gilewicz wykonał w Lublinie w 2000 roku. Ustawił wówczas blejtram w parku i namalował na nim to, co płótno sobą zasłaniało, tak by idealnie zlewało się z otaczającą go przyrodą. Następnie przez kolejne dwa tygodnie codziennie przemalowywał obraz, dostosowując go do zmiany pogody oraz procesów zachodzących w naturze.

Przed otwarciem swojej wystawy w Galerii Foksal w Warszawie w 2005 roku Gilewicz ustawił trzy białe blejtramy w niewielkim parku sąsiadującym z galerią, widzianym z jej okna. Następnie zamalował je tak, że oglądane z galerii zlewały się z otoczeniem. Na wystawie artysta pokazał dwa zdjęcia dokumentujące proces - blejtramy w parku przed oraz po ich zamalowaniu, a także - same płótna. Okazało się, że obrazy, które na fotografii wyglądały na kwadraty równej wielkości, w rzeczywistości miały bardzo nieregularne kształty i różne formaty. Ewa Witkowska pisała przy okazji tej wystawy, że
"Wojciech Gilewicz obnaża wobec widza iluzję sztuki. Odkrywa sam proces tworzenia malarskiego pozoru. Pokazuje, że nasz odbiór otaczającego świata, jest względny i podlega zawsze jakiejś określonej perspektywie. Artysta buduje perfekcyjną iluzję, w którą wciąga widza, po czym ułudę tę gwałtownie burzy".

Podczas jednego z pobytów w Nowym Jorku Gilewicz namalował trzy płótna imitujące napisy graffiti na murze. W trakcie, gdy obraz powstawał, oryginalną ścianę wyczyszczono. Artysta zdecydował się wówczas na dość radykalny gest zasłonięcia jej swoim obrazem, nie informując o tym nikogo.

Decyzja ta powracała wielokrotnie w innych projektach Gilewicza, gdy umieszczał w przestrzeni publicznej blejtramy, przesłaniające to, co na nich namalował - na przykład okna piwniczne, płyty chodnikowe czy fragmenty muru. Płótna często tak bardzo zlewały się z otoczeniem, że trudno je było zauważyć. Gdy uczynił tak w Paryżu na zaproszenie Fundacji Deutsche de la Muerthe w 2004 roku, widzów zaopatrzył w specjalne mapy, ułatwiające odnalezienie jego obrazów.

Podobny projekt artysty dla galerii Entropia we Wrocławiu potrwał ponad pół roku. Malarskie atrapy rzeczywistości Gilewicz umieścił w przestrzeni miasta jesienią 2006 roku, by je przenieść do galerii w czerwcu 2007 na wystawę zatytułowaną "Aporia malarstwa". Tytuł był całkowicie adekwatny, przez długie miesiące obrazy poddane były działaniu czynników atmosferycznych, ale przede wszystkim zadziałał tu czynnik ludzki. Na niektórych swoje ślady pozostawili przechodnie czy jednoślady, inne zaklejono plakatami, jeszcze inne - zniszczono, a nawet skradziono. Proces ten rejestruje film wideo oraz fotografie. O projekcie tym mówił sam artysta:
"Malarstwo wnika w rzeczywistość, podszywa się pod nią. Ale często też otoczenie zmienia obrazy do tego stopnia, że obnaża i demaskuje malarstwo, bo przecież, jeśli obraz udawał płytę chodnikową, a przejechał po nim samochód, to obraz ten już dłużej niczego nie udaje, a jest jedynie połamaną deską z naciągniętym na nią zagruntowanym płótnem pomalowanym olejnymi farbami."

Oparty na podobnej zasadzie projekt Gilewicz przeprowadził również w Sanoku w 2007 roku ("Rewitalizacje"). Tym razem jego obrazy nie zastępowały istniejących elementów, lecz uzupełniały ubytki w architekturze.

Z kolei w Iwano-Frankiwsku na Ukrainie artysta wprowadził swoje interwencje do wnętrza muzeum mieszczącego się w budynku kościoła. Wśród dzieł sztuki religijnej znalazły się jego na pierwszy rzut oka niezauważalne, niewielkie obrazy, np. imitujące fakturę i kolorystykę rzeźb.

W Szanghaju na początku 2008 roku Gilewicz nakręcił film, oparty na podobnych interwencjach w rzeczywistość - intrygujących go miejscach chińskiego miasta, w których umieścił swe obrazy, np. ulicznych billboardach czy miejskich śmietniskach ("Intrude Shanghai").

Gilewicz znany jest również z powstającego od 2002 roku cyklu fotograficznego zatytułowanego "Oni", do którego artysta dokłada coraz to nowe zdjęcia. W chwili obecnej cykl składał się z ponad siedemdziesięciu zdjęć. Każde z nich stanowi jego fotograficzny autoportret, w dodatku autoportret podwójny. Wykorzystując możliwość dwukrotnej ekspozycji Gilewicz fotografuje się w jednej przestrzeni dwa razy, na jednej klatce negatywu. Na niektórych zdjęciach wygląda jak para bliźniaków, na innych stara się, by obie postacie różniły się od siebie, chociażby fryzurą. Niejednokrotnie Gilewicz wciela się w osoby pozornie sobie obce, np. jednocześnie kelnera i klienta restauracji czy nauczyciela jogi i jego ucznia, innym razem opowiada o bliskości. Część cyklu stanowią sytuacje potoczne, zwyczajne, codzienne. Inne fotografie zaskakują niespotykaną atmosferą czy podtekstem erotycznym, który każe zastanowić się nad ambiwalentną tożsamością seksualną bohaterów.

Karol Sienkiewicz, grudzień 2008 (www.culture.pl).

powrót na górę strony