Realizacja Wojciecha Gilewicza, stworzona specjalnie dla Galerii Foksal, łączy w sobie rzeczywistość oraz różne sposoby jej przedstawiania – malarstwo i fotografię. Na początku w przylegającym do galerii parku artysta umieścił trzy białe blejtramy, a sytuację tę utrwalił na zdjęciu. Sposób ustawienia pustych płócien był wynikiem wielu prób i wyliczeń. Sfotografowane blejtramy wyglądały jak trzy równej wielkości kwadraty znajdujące się na jednej linii i w tej samej odległości od obiektywu. Następnie Gilewicz zamalował białe płótna, odtwarzając na każdym z obrazów dokładnie ten widok, który zasłonięty był blejtramem. Proces powstawania obrazów podporządkowany został optyce aparatu fotograficznego, stojącego przez cały czas w miejscu, skąd artysta wykonał zdjęcie białych blejtramów w parku. Gilewicz uznał swe obrazy za skończone w momencie, gdy patrząc na park przez aparat fotograficzny, nie mógł już wyodrębnić zamalowanych płócien z otoczenia. Wówczas artysta wykonał drugie zdjęcie, na którym trzy obrazy idealnie stapiają się z rzeczywistością, stają się niewidoczne.Na pierwszy rzut oka fotografia ta przedstawia po prostu fragment parku. Gdyby nie zestawienie jej ze zdjęciem białych blejtramów w pejzażu, odnalezienie ukrytych obrazów byłoby prawie niemożliwe. Na koniec artysta umieścił obie fotografie we wnętrzu galerii w pobliżu okna, przez które widoczny jest park. Zdjęcia i widok z okna skonfrontować można również z samymi obrazami. Trzy płótna – na pierwszej fotografii trzy równej wielkości kwadraty – w galerii okazują się figurami o przedziwnych, nieregularnych kształtach i zupełnie różnej wielkości. „Chciałem wszystko rozerwać, a nie scalić” – twierdzi Wojciech Gilewicz. Pozornie stworzył on bowiem z fragmentu rzeczywistości, malarstwa oraz fotografii niezwykle spójną całość. Końcowe zdjęcie, wyjęte z kontekstu tej wystawy, byłoby po prostu zdjęciem fragmentu parku przy Galerii Foksal. Nikt nie domyśliłby się, iż fotografia ta przedstawia ukryte w pejzażu obrazy. Natomiast na wystawie Wojciech Gilewicz obnaża wobec widza iluzję sztuki. Odkrywa sam proces tworzenia malarskiego pozoru. Pokazuje, że nasz odbiór otaczającego świata, jest względny i podlega zawsze jakiejś określonej perspektywie. Artysta buduje perfekcyjną iluzję, w którą wciąga widza, po czym ułudę tę gwałtownie burzy. Idealne kwadraty okazują się figurami o nieregularnych, pokrzywionych kształtach, a to, co ostatecznie przedstawiają namalowane w parku obrazy, wcale nie pokrywa się z tym, co zasłaniały umieszczone w pejzażu blejtramy.
Przeróżne gry na styku malarstwa, rzeczywistości i fotografii Wojciech Gilewicz prowadził już wcześniej. Fragmentem jego pracy dyplomowej, obronionej na warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych w pracowni Leona Tarasewicza, były dwa zdjęcia przeniesione na płótno. Pierwsze z nich przedstawiało pejzaż, na środku którego artysta umieścił biały blejtram. Podobnie jak w przypadku realizacji dla Galerii Foksal, Wojciech Gilewicz niejako wyciął tu białą dziurę w rzeczywistości. Druga fotografia ukazywała kompletny już krajobraz, artysta załatał bowiem białą dziurę w pejzażu, zamalowując pusty blejtram. Malarski odpowiednik fragmentu rzeczywistości wtopił się w nią idealnie, a interwencja artysty pozostała niemal niezauważalna.
Podobną, lecz jeszcze bardziej skomplikowaną sytuację Gilewicz wykreował w czasie swej wystawy w Galerii Białej w Lublinie w 2000 roku. Przy sąsiadującym z galerią skwerze artysta postawił pusty blejtram, wymiarami odpowiadający jednej ze ścian galerii, po czym przez dwa tygodnie sukcesywnie malował obraz. W międzyczasie zmieniała się pogoda, topniał i znów padał śnieg, rosła trawa. Wszystkie te zmiany Gilewicz utrwalał na płótnie, tak by każdego dnia obraz idealnie podszywał się pod rzeczywistość. Podobnie jak w realizacji dla Galerii Foksal, proces malarski był tu koordynowany przez optykę aparatu fotograficznego. Obraz przy skwerze w Lublinie mógłby powstawać nieskończenie długo, przybierać rozmaite kształty w zależności od pór roku. W pewnym momencie artysta musiał jednak podjąć decyzję o zakończeniu procesu twórczego i przeniesieniu „gotowego” obrazu do wnętrza galerii. Finalne dzieło tak naprawdę kryło w swoim wnętrzu wiele obrazów, mogłoby również dalej ewaluować.
W czasie swego pobytu w Nowym Jorku w 2004 roku Wojciech Gilewicz tworzył natomiast prace malarskie idealnie wtapiające się w tkankę miejską. Wybrany fragment obdrapanej ściany w nowojorskim metrze oraz zamurowane nisze okienne ceglanego budynku na Soho artysta przysłonił ich dokładnymi malarskimi replikami. Niezwykle realistycznie ukazał na płótnie odpadającą ze ścian farbę, zacieki, napisy sprayem, resztki zdartych plakatów. Powstałe w ten sposób obrazy – abstrakcyjne i przedstawiające zarazem – Gilewicz pozostawił na jakiś czas w przestrzeni miejskiej. Pozwolił, aby jego płótna swobodnie poddawały się działaniu czynników atmosferycznych, podjął także ryzyko ich zniszczenia bądź utraty. Jednak jego malarskie interwencje w rzeczywistość miasta tak idealnie się w nią wpasowały, że pozostały niezauważalne. Setki ludzi każdego dnia stawało naprzeciw ogromnego obrazu, zainstalowanego przez Wojciecha Gilewicza na stacji metra Greenpoint Avenue, zupełnie nie będąc świadomym, że w ich otoczeniu dokonano jakiejś zmiany. Przechodnie, mijający budynek na Soho, nie dostrzegali trzech płócien umieszczonych przez Gilewicza w niszach okiennych.
Artysta posunął się więc jeszcze dalej. Na nielegalnym nowojorskim wysypisku śmieci wyszukał rozmaite płaskie przedmioty, naciągnął na ich powierzchnię płótno i zamalował, wiernie odtwarzając to, co znajdowało się pod spodem. Obrazy te idealnie podszywały się pod wybrane przez artystę fragmenty rzeczywistości. Przez ponad dwa miesiące obrazy Gilewicza były częścią nowojorskiej panoramy z Manhattanem w tle. O ich istnieniu wiedział tylko sam artysta.
W tym samym roku w Paryżu na terenie Fondation Deutsch de la Meurthe Wojciech Gilewicz zastąpił malarskimi replikami wybrane przez siebie fragmenty architektury. Okno, parapet, części balustrady, okienka piwniczne, a nawet płyty chodnikowe artysta przysłonił ich wiernymi malarskimi kopiami. Bez specjalnej mapki, przygotowanej przez Gilewicza, odnalezienie ukrytych w architekturze obrazów byłoby niemożliwe.
„(…) Niewątpliwy jest fakt, że trzy wymiary zwykłej przestrzeni nigdy nie zadowalały w zupełności pragnienia malarzy, by wziąć w posiadanie rzeczywistość (…)” – pisał Gino Severini. Również Wojciech Gilewicz nie ogranicza się w swej twórczości do trzech wymiarów malarskiego płótna. W jego pracach przenikają się różne sposoby patrzenia na rzeczywistość, malarstwo splata się z fotografią, iluzja sztuki miesza się z realnością. W pracy stworzonej przez Gilewicza dla Galerii Foksal patrzymy na wybrany przez artystę fragment parku poprzez pryzmat malarstwa, fotografii oraz przez prawdziwe okno. Zderzając różne wizerunki jednego fragmentu rzeczywistości, artysta chce pokazać, jak względne jest nasze widzenie otaczającego świata i w jaki sposób mogą zacierać się granice między tym, co realne a wyobrażone.
Ewa Witkowska
Artyści o sztuce. Od van Gogha do Picassa, wybór i opracowanie Elżbieta Grabska i Hanna Morawska,
Warszawa 1977, s. 175